Chycuś Blog Początki

Początek mojej przygody z blogowaniem był kręty, a cel wędrówki nie jasny. Na początku zastanawiałem się nad tym czy w ogóle podejmować wyzwanie publikowania czegokolwiek w internecie. Poszukiwałem miejsca i formy do swojej tworczości. Przez to różne przygody z różnymi portalami, o rozmaitym charakterze (między innym pojawiał się wątek tzw. dziennikarstwa społecznego). Nie wiedziałem także na temat tego na jaki temat chciałbym pisać. I w ten o to sposób różnymi drogami trafiłem w to miscje. Ba stworzyłem je dzięki wsparciu technicznemu google w postaci paru ciekawych usług (czego fundamentem jest blogger.com). Krętymi drogami doszedłem do nieustannego poruszania wątków social media. Gdzie mnie to wszystko zaprowadzi? Nie wiem. Mówiąc górnolotnie: do lepszej przyszłości. ;-) Ale nie jestem tego taki pewien. Przynajmniej w sferze blogowania. Bo jak na razie trochę kuleje. Ale kto wie?...


Z pierwszych notek na Chycuś Blog:
NIEDZIELA, 9 MARCA 2008
Jak do tego doszło? Dlaczego blog? Cóż chęć wypowiedzenia się towarzyszy mi już pewien czas. Rzecz jasna dostępne jest wiele możliwości. Czas przyszedł także na internet. Oczywiście pierwsze było you tube, jako jedne z ciekawsze i najbardziej ... "nowoczesne". Ale oczywiście przy dostępnych dzisiaj możliwościach to przestało wystarczać. Zająłem się tzw. dziennikarstwem społecznym na serwisie wiadomości 24. To oczywiście sprawia nadal przyjemność. Lecz rzecz jasna nie jest to miejsce które ogranicza formą rodzajem treści. Tą drogą właśnie dotarłem w to miejsce. Założyłem ten blog. I z czasem będzie można oglądać coraz więcej tego efektów.

NIEDZIELA, 6 CZERWCA 2010
Czasami nie mówić nicCzasami mam wrażenie że lepiej nie mówić nic. Lepiej się nie odzywać. Lepiej nic nie mówić, nie publikować, nie wypowiadać się, nie ujawniać swojego stanowiska zbyt oficjalnie. To jest przekaz części starszego pokolenia, które często dociera do mnie. Ta nieufność wobec internetu. W skrócie najlepiej w internecie nie istnieć. I czasami mi się ten pogląd udziela. Ale jak już się do wody wejdzie to już się jest mokrym. Także w ten oto sposób czuje się jak miedzy młotem a kowadłem. Z jednej strony opór. Z drugiej strony coś pcha mnie w tym kierunku. Mam kolejny tytuł na podręcznik: "Twórczość blogereska dla opornych"

WTOREK, 21 WRZEŚNIA 2010
Kiedyś napisałem pewien fragment tekstu zatytułowany„Czasami nie mówić nic”, … w podobnym stylu napisałem w serwisie Redakcji Newsweek’a.pl: „Między jednym światem a drugim. Pozwolę sobie zacytować pierwszy komentarz który otrzymałem pod ostatnim z cytowanych tekstów.

Portier
Mam taką teorię, że błądzić może każdy, ale ocenia się ludzi za to, co robią, gdy już wiedzą, że zbłądzili. Proszę spojrzeć na to, o czym Pan napisał tak: ile razy mówimy coś, czego żałujemy, ile razy robimy coś, co później okazuje się głupie? Dziesiątki? Setki? Zamiast stron www te nasze codzienne potknięcia i porażki zostają śladem w życiorysach ludzi, których napotkaliśmy. Czasem to większy ciężar i odpowiedzialnośc zarazem niż chybiony wpis na jakimś forum...

Nie sposób się nie zgodzić. Nie poruszamy się przecież w krainie bogów, czy też półbogów, którzy nie popełniają błędów. Najgorsze są te których konsekwencje ponoszą inni w życiu realnym. I rzeczywiście, oceniamy ludzi po tym że w ogóle popełniają błędy, tylko po tym, czy są się wstanie do tego przyznać, czy biorą za nie odpowiedzialność i wyciągają z tych błędów odpowiednie wnioski. Przed popełnianiem błędów nic nas nie uchroni. Często nawet przestrogi innych. Ostatnią obroną jest własne doświadczenie. Nie wychylanie nosa z czterech ścian, swoistej fizycznej i psychicznej izolacji, doświadczenia tego nie zdobędziemy.